Z Mariuszem Borowiakiem – pisarzem, mieszkańcem Cielimowa, autorem m.in. „Westerplatte. W obronie prawdy”, na podstawie którego powstał scenariusz do filmu, rozmawia Karolina Barełkowska

Panie Mariuszu, ciężko się umówić z Panem na wywiad. Rozumiem, że jest to związane z filmem „Tajemnice Westerplatte”, gdzie scenariusz powstał na podstawie Pana książki?

Mariusz Borowiak: To prawda. Książka „Westerplatte. W Obronie prawdy” była inspiracją, a zarazem na jej kanwie powstał scenariusz.

Proszę powiedzieć, jak do tego doszło?


Mariusz Borowiak: Wszystko rozpoczęło się w 2004 roku, kiedy Paweł Chochlew [scenarzysta ,i reżyser filmu - przy. red.] dla mnie człowiek nieznany, odezwał się po przeczytaniu mojej książki z taką informacją, że wpadł na pomysł, by nakręcić nowy film o Westerplatte. Przyznał, że po przeczytaniu książki był w szoku, ponieważ było to nowe spojrzenie na to, co tam się działo. Pierwsza nasza rozmowa sprawiła, że bardzo nieufnie podszedłem do tego pomysłu. Ale po jakimś czasie nawiązaliśmy współpracę i zacząłem mu dosyłać materiały. Jednak cały czas traktowałem to z takim pobłażaniem. Wiedziałem przecież, że aby zrobić film o Westerplatte, potrzeba naprawdę dużych pieniędzy. To nie jest kwestia dwóch, czy nawet pięciu milionów. Lecz prace posuwały się do przodu. Ja w międzyczasie wyprowadziłem się z Gniezna do Cielimowa i ten kontakt się urwał. W 2008 roku wróciłem z rodziną z wakacji i przeczytałem, że powstaje film „Tajemnica Westerplatte”. Myślę sobie, że fajnie, ale ja nic o tym nie wiem. I nagle kolejnego dnia się zaczęło. Zaczęli do mnie wydzwaniać redaktorzy z różnych redakcji. Pytali co ja sądzę i myślę na temat scenariusza. Zaczęli mi czytać jego fragmenty.

Jaka była Pana reakcja?


Mariusz Borowiak: Wszystko odrzucałem.

Dlaczego?

Mariusz Borowiak: Ponieważ pojawiły się tam sceny z sikaniem, z bieganiem nago, żołnierzy nadużywających alkoholu.

Same kontrowersyjne sceny.


Mariusz Borowiak: Tak. Osoby, które tworzyły ten film zwróciły się do Donalda Tuska o patronat nad filmem. On wyznaczył ministra Nowaka, który miał tę sprawę popilotować. Ten z kolei wyznaczył dwóch historyków z Wybrzeża. Ci po przeczytaniu pierwszej wersji scenariusza automatycznie go odrzucili jako film antypolski. Prace jednak były bardzo zaawansowane.Okazało się, że miał on kosztować 14,5 mln.

To sporo.

Mariusz Borowiak: To prawda. Ten film miał być robiony w koprodukcji z Litwinami oraz Niemcami. Litwini dawali operatora, sprzęt na poligonie. Natomiast Niemcy najnowsze kamery. Co się okazało – banki, które miały współfinansować ten projekt, wycofały się. I jak tu ratować sytuację, tym bardziej, że uruchomiono już takie osoby jak Allan Starski czy też Jan Kaczmarek, obaj z Hollywood? Polski Instytut Sztuki Filmowej zwrócił się do czterech osób, między innymi do mnie, z prośbą, abyśmy się zapoznali ze scenariuszem, ocenili go pod względem wartości faktów historycznych i powiedzieli co o tym sądzimy.

Jak wyszło?

Mariusz Borowiak: Trzy do jednego na korzyść. Ja również byłem za. W tym momencie PISF po naszych recenzjach wyasygnował 3,5 mln złotych. I tak we wrześniu 2009 roku ruszyły prace nad filmem. Pierwszy klaps padł nam morzem, kolejny po kilku dniach w Konstancinie.

Był Pan obecny na planie?

Mariusz Borowiak: Na początku w Konstancinie. Zakładano, że będę płatnym konsultantem, jednak ja nie za bardzo byłem przychylny temu pomysłowi. Nie chciałem żeby mówiono, że ten film ma mnie promować. Moja rola polegała na drobnej pomocy. Kiedy na przykład jechałem na promocję książki, to zabierałem reżysera, by rozmawiał z czytelnikami. Wtedy była bardzo mocna nagonka na Pawła Chochlewa i stwierdziłem, że to jest dobry sposób, aby ludzie zobaczyli o co chodzi w tym scenariuszu.

Wprowadził Pan swoje zmiany w scenariuszu?

Mariusz Borowiak: Wskazałem co można wyeliminować, jak można sceny, powiedzmy bardzo kontrowersyjne, zastąpić.

W czasie powstawania filmu wciąż trwała nagonka na tę produkcję?

Mariusz Borowiak: Tak, ponieważ dziennikarze wciąż pokazywali sceny z pierwszej wersji scenariusza.

To nie jedyne kłopoty, które was spotkały?


Mariusz Borowiak: Oczywiście. W filmie miał grać Bogusław Linda. Pewnego dnia pada wiadomość, że na Litwie zaczęły się problemy z pieniędzmi. Nie wiadomo czemu zostały one wstrzymane. Nagle okazuje się, że Linda zachorował na zapalenie płuc. Oczywiście prace i zdjęcia przerwane, nie można pracować, aktor musi wyzdrowieć. Ekipa wraca do Warszawy. Kiedy Linda wyzdrowiał, okazuje się, że on już nie chce grać w tym filmie. Moim zdaniem, dobrze się stało. Nie mniej było nakręconych ok 40 minut dwugodzinowego filmu. Na szczęście z około 60 scen Linda zagrał tylko 5, czy też 6 scen. No, ale na jego miejsce trzebabyło poszukać kogoś innego. Zastąpił go Michał Żebrowski i uważam, że dobrze się stało. Chociażby dlatego, że ten aktor bardziej pasował do majora Sucharskiego pod względem wieku.

Koniec końców, z bólem, ale film udało się w zrobić?


Mariusz Borowiak: Tak. Udało się również pozyskać nowych aktorów. W filmie zagrał Kuba Wesołowski, Mirosław Baka, Andrzej Grabowski.

Jakie jest Pana zdanie na temat tego filmu?


Mariusz Borowiak: Oceniając ten film, trzeba pamiętać, że zrobił go debiutant, który dostał na niego naprawdę duże pieniądze. Był nawet taki pomysł, żeby ten film zrobił czy to Pasikowski, czy Linda. Jednak Chochlewa nie chciał oddać, jak mówił „swojego dziecka”. U mnie może być taki problem, że ja znam tę historię. Na podstawie mojej książki powstał scenariusz. Moja żona, która była ze mną na premierze w Warszawie, była filmem zachwycona, ponieważ ona go oglądała jako widz. Jak ja go oglądałem, to cały czas analizowałem poszczególne sceny – na ile jest to film historyczny. Sam sobie tłumaczę i każdemu to tłumaczę, że jest to film fabularny. Nie można odnosić się do wszystkich scen, że tak było naprawdę. Niektóre sytuacje są nakręcone dla podniesienia dramaturgii. W niektórych przypadkach my nie wiemy czy tak było.
Materiału jest nakręcone 300 minut i jest taki pomysł, że jeżeli dokręci się jeszcze pewne sceny sprzed września 1939 roku, powstanie serial. Wracając do oceny, to gdybyśmy byli w szkole, dałbym mocną czwórkę.

Rozumiem jednak, że nie żałuje Pan tej pracy przy filmie?

Mariusz Borowiak: Oczywiście, że nie. Ja uważam, że w historii nie jest tak, że coś jest albo czarne, albo białe, tam muszą być szarości. Moim wzorem był Jerzy Pertek. Wychowałem się na jego książkach. Miałem to szczęście, że byłem jego uczniem. W 1999 roku powstawała moja pierwsza książka. Pisałem ją na bazie dokumentów, które przywiozłem z Londynu. Pojechałem do instytutu Sikorskiego i zrobiłem kwerendę dokumentów.

To musiało wymagać dużego wysiłku.

Mariusz Borowiak: To prawda. Jednak muszę przyznać, że mam wielkie szczęście do ludzi. Kiedy zaczynałem jeździć do Londynu, to była droga przez mękę. Jeździłem autobusem, by zmniejszyć koszty. Oczywiście, żeby dostać się do instytutu, ktoś musiał mnie wprowadzić. Traf chciał, że poznałem człowieka - gnieźnianina, który był absolwentem Oksfordu, który mi pomógł. Dzięki niemu miałem kawalerkę do dyspozycji. I tak się właśnie zaczęło.

To wszystko wymagało czasu, te zbieranie informacji, potem pisanie.

Mariusz Borowiak: Tak. Dlatego, powtarzam -mojej książki nigdy by nie powstały, gdyby nie moja żona, która wzięła na siebie trud wychowania dzieci. Mamy wielu znajomych pisarzy, których rodziny niestety się rozpadły.

Wydarzenia Kulturalne | Wiadomości Kulturalne

Komentarze (2)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

book (gość)

niesamowite że to gnieźnianin. super art.dlaczego nikt nie mowił wczesniej ze mamy takiego pisarza