mł. bryg. Bartosz Klich rozmawia z nami o skutkach nawałnicy w Gnieźnie i działaniach straży pożarnej w tym czasie mł. bryg. Bartosz Klich rozmawia z nami o skutkach nawałnicy w Gnieźnie i działaniach straży pożarnej w tym czasie

mł. bryg. Bartosz Klich: Na samym początku przyjęliśmy klucz, że na samym początku bierzemy zdarzenia, które zagrażają zdrowiu i życiu, ale jednocześnie przystąpiliśmy zaraz do udrażniania dróg krajowych i wojewódzkich, żeby inne służby miały możliwość przejazdu, np. żeby pojazd do szpitali był drożny, żeby policja mogła realizować swoje czynności. (© arch. pryw.)

Kilka dni po nawałnicy rozmawiamy z mł. bryg. Bartoszem Klichem, rzecznikiem i jednym z dowódców PSP Gniezno jak wyglądała praca strażaków w tych trudnych dla nas wszystkich dniach.

Takiej nawałnicy, która przeszła przez Gniezno i powiat 11 sierpnia nigdy nie jeszcze nie przeżyliśmy. Czy byliście przygotowani na taką skalę działań i taki ogrom zniszczeń?
mł. bryg. Bartosz Klich: – Przy usuwaniu skutków ostatniej nawałnicy brali udział prawie wszyscy ochotnicy z terenu powiatu gnieźnieńskiego i strażacy zawodowi w Gniezna. Natomiast skala tych interwencji, liczba ratowników, samochodów zastępów, wymagała uruchomienia z naszej strony dodatkowych procedur, ponieważ zapewnienie paliwa, posiłków, pilarek, łańcuchów, organizacja łączności to są rzeczy, których nie można sobie na miejscu wypracować i wymyślić, tylko trzeba wdrożyć gotowe warianty.
Wszystkie zgłoszenia trzeba było selekcjonować, ponieważ były wypadki, pożary, zdarzenia z prądem, dlatego musieliśmy zrobić listę priorytetów i te zdarzenia najpilniejsze obsługiwać w pierwszej kolejności, gdzie przy takiej liczbie spływających zgłoszeń też nie było proste. Przede wszystkim chodziło nam o drabiny i podnośniki, które umożliwiały nam prace na wysokościach w kilku miejscach naraz, ponieważ normalnie w powiecie mamy tylko dwie drabiny, natomiast w kulminacyjnym momencie tych drabin pracowało osiem z różnych jednostek, takich jak Kalisz, Piła czy Konin. Dodatkowo przyjechały jeszcze samochody z ratownikami i pilarkami, którzy prowadzili działania przy udrażnianiu dróg.
Zobacz też: Burza w Gnieźnie i powiecie gnieźnieńskim w obiektywie naszych Czytelników [FOTO]

Jak dokonaliście selekcji, które działania rozpocząć jako pierwsze?
mł. bryg. Bartosz Klich: – Na samym początku przyjęliśmy klucz, że na samym początku bierzemy zdarzenia, które zagrażają zdrowiu i życiu, ale jednocześnie przystąpiliśmy zaraz do udrażniania dróg krajowych i wojewódzkich, żeby inne służby miały możliwość przejazdu, np. żeby pojazd do szpitali był drożny, żeby policja mogła realizować swoje czynności. Dlatego praktycznie o godz. 3 nad ranem mieliśmy przywróconą drożność głównych dróg, co też nam dawało lepszą możliwość poruszania się i przemieszczania sił ratowników.
Pierwsze dwie doby pracowaliśmy nawet w nocy. Po kilku dniachprzeszliśmy na taki tryb, że kończymy działania o 21.00, jak nastaje zmrok, bo teraz już te interwencje nie mają już takiego gwałtownego przebiegu i dajemy ratownikom czas na odpoczynek, czas, by podszykować sprzęt i niepotrzebnie nie ryzykujemy, żeby nie pracować na wysokości pilarkami po ciemku, jeśli już nie ma takiej potrzeby.
Zobacz też: Burza w centrum Gniezna - zdjęcia

Jak wyglądała współpraca z innymi służbami?
mł. bryg. Bartosz Klich: – Współpracowaliśmy oczywiście z policją, pogotowiem i strażą miejską. Ale przy tego rodzaju interwencjach my współpracowaliśmy przede wszystkim z energetyką. Energetyce dawaliśmy znać, jak otrzymywaliśmy zgłoszenie, gdzie linie są pod napięciem np. na budynku, na płocie, dlatego tutaj mamy specjalne łącze i z energetyką dosyć ściśle współpracowaliśmy, żeby te sprawy prądowe nie obróciły się w jakiś niebezpieczny scenariusz. Jeśli chodzi o przygotowanie do takich rzeczy, to był sprawdzian dla nas i system, który tworzymy od wielu lat zadziałał. Ten system jest szykowany właśnie na takie sytuacje, większe interwencje, gdzie współpracuje się z innymi jednostkami, gdzie podnosi się cały potencjał ratowniczy powiatu i to są rzeczy, które my ćwiczymy w różnych wariantach. To nie była żadna nowość dla nas, tylko wprowadziliśmy w życie wcześniej wypracowane rozwiązania i dosyć dobrze to zadziałało.
Zobacz też: Burza w powiecie gnieźnieńskim - jakie straty wyrządziła?

A mieszkańcy? Czy wykazywali się dużą empatią i zrozumieniem? Słyszałem, że byli tacy, którzy strażakom dowozili kanapki, kawę...
mł. bryg. Bartosz Klich: – Mogę opowiedzieć o swoim przypadku, gdzie próbowałem się dostać do pracy, była to bodajże 10 minuta nawałnicy i też nie mogłem przejechać, to nagle ktoś mnie rozpoznał, że jestem strażakiem, zaczęli rozpychać wszystkie samochody i pokazywać mi jakąś inną drogę dojazdu, żebym tylko jak najszybciej dotarł do pracy. Ta życzliwość ludzi, jeśli chodzi właśnie o takie proste, banalne rzeczy jak czasem kawa, herbata, kanapka czy krzesło, na którym można usiąść i odpocząć była często przez nas spotykana i tak samo chciałbym powiedzieć o wyrozumiałości naszych mieszkańców, jeśli chodzi o to tak zwane oczekiwanie w kolejce. Ludzie, którzy do nas zgłaszali interwencje byli świadomi tego, że są osoby bardziej poszkodowane, mówili, że mogą czekać, nie byli roszczeniowi, więc naprawdę nie trzeba było długo nikogo przekonywać, że będzie musiał oczekiwać około doby na interwencję, ponieważ błahe sprawy też obsługiwaliśmy, ale w drugiej kolejności. Wiadomo, że już tam musieliśmy selekcję robić. Jeśli chodzi o naszych mieszkańców, to naprawdę wielkie zrozumienie dla naszej pracy, dla naszego trudu i czasem pojawiały się nawet takie zwykłe miłe gesty, jak uśmiech, machanie na ulicy, gdy się przejeżdżało, więc było to bardzo miłe.
Przeczytaj też: PSP Gniezno - strażacy usuwali drzewa z miejsc trudnodostępnych

Chyba bardzo dużo dobrych słów można powiedzieć też o strażakach-ochotnikach? „Zawodowcy” działali z ogromnym poświęceniem, choć to ich codzienna praca, ale pewnie gdyby nie pomoc osób z ochotniczych straży pożarnych, Wasze działania byłyby bardziej skomplikowane i dłużej by trwały.
mł. bryg. Bartosz Klich: – Inna sytuacja jest, jeśli chodzi o strażaka zawodowego. Natomiast trzeba zrozumieć, że ochotnicy mają swoją pracę. Oni mają szkoły, żniwa, rodziny, chore dzieci, inne obowiązki, ale ci ludzie są teraz non stop w pracy. Oni cały czas się poświęcają. Dotychczas wszyscy mówili takie górnolotne rzeczy, ale mam nadzieję, że teraz wszyscy to już naprawdę widzą – że to tak nie jest, że to tylko jakieś tam ochotnictwo, ale to jest ryzykowanie, bo można dostać dachówką w głowę, może drzewo się wywrócić, a przecież zamiast tego można byłoby spokojnie siedzieć w domu i patrzeć w telewizji co się dzieje. Życzyłbym im, żeby mieli zawsze odpowiednią ilość sprzętu, nie musieli się martwić o jego stan techniczny, a mogli dostarczać zawsze swoją pomoc i siłę fizyczną.
Zobacz też: Nasi strażacy - to oni nieśli pierwsi pomoc po nawałnicy

"To największa katastrofa w historii". Rzecznik Lasów Państwowych o skutkach nawałnic

Z regionu

Komentarze (0)

Podane dane osobowe będą przetwarzane przez Polska Press Sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie. Podanie danych jest dobrowolne. Pozostałe informacje na temat celu i zakresu przetwarzania danych osobowych oraz Twoich praw znajdziesz w regulaminie. Dodając komentarz akceptujesz regulamin.

Zaloguj się / Zarejestruj się!

Brak komentarzy. Możesz być pierwszy!