Gniezno: Dawid Jung - "to miasto mnie inspiruje"

Sona Ishkhanyan
Dawid Jung - poeta, muzyk, założyciel i Redaktor „Zeszytów Poetyckich”, laureat prestiżowej nagrody - Medalu Młodej Sztuki. Rozmawiamy o znaczeniu Gniezna jako miejsca pochodzenia dla twórczości poety. Zwracamy uwagę na działalność Dawida Junga w sferze lokalnej kultury. Pytamy również o wspomnienia z dzieciństwa utalentowanego poety.

Gniezno: Dawid Jung - "to miasto mnie inspiruje"

Pańska działalność w sferze kultury jest ogromna, właściwie trudno ją objąć w jakichś granicach. Co Pan odpowiada, jeżeli pytają o zawód?

- Nie pretenduję do miana polihistora (śmiech). Wystarczą mi bliskie relacje z wszystkimi muzami, może za wyjątkiem Terpsychory i Uranii. Myślę, że bez muzyki i literatury w życiu codziennym nie mógłbym funkcjonować, choć z wszystkich danych mi namiętności bez wątpienia opera jest najważniejsza.

Prócz „Zeszytów Poetyckich”, popularyzuje i propaguje Pan również lokalną sztukę. Poza reaktywacją Festa Fatuorum opublikował Pan monografię o dawnych poetach z rodzinnego Kłecka. Czy możemy powiedzieć, ze jest Pan animatorem kultury w Gnieźnie?

- W Gnieźnie, i to bynajmniej nie jest złośliwość, najpierw należałoby być „reanimatorem”, a później „animatorem”. Zdeprecjonowanie roli kultury w takim mieście jak Gniezno... cóż, to był długi proces i nużąco skomplikowany. Ale uprośćmy sprawę - jeśli mamy jakiś azymut, punkt odniesienia, np. okres międzywojenny gnieźnieńskiej kultury i wspomnimy choćby koncerty światowej sławy tuz operowych, Ady Sari i Adama Didura, i takie wydarzenia porównamy do współczesności - mamy jakiś ogląd tej mizerii, na którą dziś niewiele osób zwróci uwagę. Raczej nikt nie odważy się zaprosić na koncert np. Aleksandry Kurzak lub Piotra Beczałę, przez kolejne lata będzie tu schlebianie popularnym gustom, doraźna fuszerka, grymas samozadowolenia, niż choćby próba ambitnej konfrontacji z większymi i silniejszymi ośrodkami. I nie jest to wyłącznie kwestia stanu finansów publicznych, ale elementarny brak smaku. Dam przykład - od 1977 r. sięgają tradycje muzyczne obecnej Filharmonii Kameralnej w Łomży. Jeśli sobie uświadomimy, że Łomża jest mniejsza od Gniezna o jakieś siedem tysięcy mieszkańców, zaczyna to uwierać, dlaczego miasto, które dało początek polskiej muzyce jest tak zapóźnione kulturowo, i to nawet w stosunku do mniejszych ośrodków. Mówiąc o początkach polskiej muzyki nie ma w tym stwierdzeniu przesady, przecież to w Gnieźnie powstała najstarsza polska sekwencja o św. Wojciechu, także pierwszy znany nam w historii igrzec (aktor-śpiewak) imieniem Jurek ujawnił się w Gnieźnie, w 1235 r. Proszę spytać na mieście, ilu gnieźnian o tym wie, to również odzwierciedli nam stan świadomości dzisiejszych mieszkańców tego miasta. Wiedza i niewiedza o sobie - to elementy kultury, tożsamości. Na szczęście bywają jasne strony muzycznego Gniezna, co daje nadzieję, jak choćby coroczna Akademia Gitary, inicjatywa koncertów młodych wykonawców z gnieźnieńskiej Szkoły Muzycznej, czy ostatni pomysł Jarka Mikołajczyka, festiwalu muzyków występujących na ulicy. Naturalnie marzy mi się powstanie miejskiej orkiestry kameralnej w Gnieźnie, koncertującej np. w Starym Ratuszu, która mogłaby się w przyszłości zinstytucjonalizować w gnieźnieńską filharmonię. Ale do tego trzeba determinacji i życzliwości wielu ludzi... Co do mnie - oprócz prac nad nagrywaniem dwóch płyt, w tym roku chciałbym także zakończyć pracę nad 7 projektami książkowymi, jak choćby „Kronika Miasta Gniezna”, którą opowiadają poeci polscy od XI do XX wieku. Mam już opracowanych kilkaset wierszy, nierzadko znaczących autorów... Ale to już tematy na osobne wynurzenia i raczej nie sądzę, aby w Gnieźnie wywoływały poruszenie. Na przykład książkę o rewelacyjnym poecie i tłumaczu, Jakubie Gembickim, którego w XIX w. kunszt translatorski porównywano do przekładów biblijnych Jana Kochanowskiego - wznowienie hymnów tego poety, który zmarł pod Gnieznem w 1633 r. wydałem dzięki... stypendium kulturalnemu Miasta Gdańska. Cieszę się, że przynajmniej inne miasta w Polsce potrafią docenić moją pracę. Chociaż, póki mi sił starczy, pracować będę na rzecz polskiej kultury, tutaj raczej niewiele się zmieni.

Spotkanie z Pana poezją to czysta przyjemność. Czym jest dla Pana poezja w ogóle? Po co Pan pisze?

- Na pewno nie piszę dla przyjemności. Miło, gdy poezja pobudza, otwiera na transcendencję, na nieoczywiste, na piękne, dobre. Ale owe „miłe” niekoniecznie ma być przyjemne. Może czyste, ale przyjemne? Od rozrywki jest proza. Poezja nie może być substytutem, wchodzić w rolę prozy, bo wtedy to już zwykłe kumoterstwo, koniunktura, lans, taniocha lub celebryctwo. Poezja to nie towar z wyprzedaży, dlatego tak niewielu po nią sięga. Dobrej poezji nie kruszy czas. Blednie tusz, proszkuje się papier, ale słowa, ważne słowa złączone wierszem, wciąż przechodzą z ust do ust. I to jest siła, której warto szukać, podjąć próbę, ćwiczyć w sobie skupienie i pokorę. Bo wiersze są kapryśne, nieoswojone, czasem bezczelnie milczą długie tygodnie, a czasem tylko przyłapią nas samych na zdziwieniu, zachwycie. Poezja to matematyka empatii, ale każdy poeta musi wyprowadzić własny wzór, własne równanie na otaczający go świat. Zdarza się, że jeden poemat zmienia historię literatury. Poezja, gdybyśmy chcieli sprawę skrajnie uprościć, to przede wszystkim prastare dążenie człowieka do zdefiniowania piękna doskonałego, uniwersalnego, piękna, które potrafi pocieszyć, dać nadzieję, i to trwać będzie, póki istnieją języki. Poezja jest dla tych, którzy potrafią lub chcą nauczyć się kochać Innego, nie tylko siebie. Po co piszę? Odpowiedź stanowią moje wiersze.

Jest pan poetą, dziennikarzem i od lat z dużym powodzeniem także muzykiem. Czy te dziedziny tworzą symbiozę?

- Jesteśmy wypadkową sprzeczności, nasze człowieczeństwo określają codzienne wybory między dobrem a złem, to od nich zależy kim jesteśmy, jak nas zapamiętają lub kiedy zapomną. Czy symbioza w czymkolwiek jest możliwa? To jak w relacjach damsko-męskich, lub wariantach pokrewnych, zawsze ścierać się będą żywioły, walczyć o dominantę. Nie można być w jednym czasie poetą-dziennikarzem-tenorem. Ale tutaj widzę pewien paradoks, który osobiście mnie uszczęśliwia - potrafię każdą z tych dziedzin obdarzyć własnym czasem, może nie zawsze uczciwie, równomiernie, bo jednak muzyka w tym starciu wychodzi zwycięska. Wymaga to wyrzeczeń. I czasem miło, gdy ktoś ten trud doceni, np. Medalem Młodej Sztuki (pierwszym laureatem był Stanisław Barańczak) za poezję, stypendium wokalnym w Rzymie, chociaż akurat działania dziennikarza kulturalnego traktuję jak swego rodzaju misję, popularyzację kultury w społeczeństwie. Wielu pisarzy uprawiało lub uprawia dziennikarstwo, to raczej wymóg czasów.

Spotyka się Pan często z młodymi utalentowanymi ludźmi. Czy ma Pan dla nich jakąś radę, jako utalentowany i równie młody pisarz?

- Ludziom utalentowanym nie trzeba dawać zbyt wiele rad, chociaż kiedyś usłyszałem celną uwagę od leciwej już wtedy maestry - że dla każdego artysty groźne są tylko dwa typy pochwał - przedwczesne i spóźnione. Tak naprawdę każdy sam musi wyczuć „swój moment”, inaczej jak w sporcie - falstart i... dyskwalifikacja. Wiele zresztą zależy od naszego dzieciństwa...

A jakie miał Pan dzieciństwo?

- Tak naprawdę to był inny świat, teraz nawet myślę, że element jakiejś utraconej bezpowrotnie cywilizacji, zamkniętego rozdziału historii. Może przesadzam, ale okres mojego dzieciństwa przypadał na czasy upadku komunizmu, moment przejściowy. Wtedy dziecko nie ma świadomości, co wokół niego się dzieje, w wymiarze wielkich przemian, politycznych tąpnięć. Chociaż, już nawet w dzieciństwie przejawiałem pasje społecznikowskie. Jako ośmiolatek założyłem w szkole pierwszy nieformalny Klub Paleontologiczno-Archeologiczny. Dzisiaj to może nawet kuriozalnie brzmi, ale wtedy po lekcjach biegaliśmy po okolicznych polach z łopatkami marząc o sławie odkrywców. Sprawę naturalnie szybko utrącono, dostałem nawet wpis do dzienniczka: „Prowadzi działalność wywrotową na szkodę państwa socjalistycznego”. Boże, jaki surrealizm, gdy o tym teraz wspomnę... Chyba byłem najmłodszym wywrotowcem w Wielkopolsce. Dyrektor szkoły, był zagorzałym komunistą, pamiętam jeszcze jego prelekcje o Leninie i Stalinie. To naprawdę był inny świat, inna rzeczywistość. Dzisiaj tamte czasy to dla mnie krzywe zwierciadło, oby nie trzeba było w nim nigdy więcej się przeglądać... Z tamtego okresu pamiętam również z jaką pogardą odnoszono się do innych kultur, np. niemieckiej, gdy cmentarzyki ewangelickie pełniły wtedy rolę placyków zabaw. Dzięki idei Zjednoczonej Europy wciągu ostatnich lat wiele się nauczyliśmy. Choć, naturalnie, każdy z nas ma prawo na swój sposób interpretować współczesną europejskość, historię i kulturę.

Jakie daje możliwości takie miasto jak Gniezno - małe, nieco na uboczu, ale jednocześnie tak głęboko zakorzenione w historii kraju.

- Wciąż rozmawiamy o tym Gnieźnie, mieście, które nie potrafi uszanować swoich zmarłych twórców, a dla żywych nie ma nawet finansowych nagród lub stypendiów artystycznych? „Ubocze”, ładny eufemizm. Przemieszkuję w różnych miastach Europy - Berlin, Wiedeń, Londyn, Rzym, ale co do jednego zgoda - nigdy nie zrezygnowałem ze swojej „gnieźnieńskości”, nie zamierzam także się jej wyrzekać lub za nią wstydzić. W Gnieźnie bywam, mam bliskich, to miejsce mnie inspiruje, ale mieszkanie tutaj na stałe wymagałoby nieprzeciętnej determinacji - brak opery, filharmonii. Co nie zmienia faktu, że kocham historię tego miasta, a przede wszystkim jego zapomnianą kulturę.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie