Położna, która była aniołem. Wspomnienie o Ewie Grzeszczyk

Paweł Brzeźniak
Paweł Brzeźniak
Choć od jej śmierci minęło niespełna 5 miesięcy, to wciąż wielu z nas nie może się z tym pogodzić. Szczególnie dotyczy to szeregu szczęśliwych matek, które Ewa Grzeszczyk prowadziła przez trudy ciąży i porodu. Była jedną z najlepszych położnych pracujących w Gnieźnie.

- 12 grudnia pełni żalu i nieutulonej rozpaczy, pożegnaliśmy wspaniałą położną Ewę Grzeszczyk. Była moja uczennicą w Studium Położnych w Gnieźnie, potem współpracowaliśmy kilkadziesiąt lat na Oddziale Położniczo-Ginekologicznym w Gnieźnie. Była przy narodzinach mojej wnuczki Basi. Te wspomnienia jej poświęcam. Zostanie na zawsze w naszych sercach

- przyznał dr Wojciech Łącki, ginekolog.

- Dużo słów, by o niej opowiadać. Tak w skrócie się nie da. Na pewno była miła, uczynna. W lutym obchodzilibyśmy 30. rocznicę ślubu. Położnictwo było całym jej światem. To było bardziej powołanie niż praca. Ona tym żyła, była szczęśliwa, kiedy dzieciaczki przychodziły na świat. Do każdego przypadku podchodziła indywidualnie, z uczuciem. Wiadomo, że każdy człowiek inaczej to przeżywa, inaczej podchodzi do narodzin dziecka, szczególnie kobiety. Poznaliśmy się, kiedy uczyła się na Studium Położnych w Gnieźnie. Na pewno ciężkim przeżyciem było to, kiedy coś się nie udało przy porodzie. Bardzo to przeżywała

- wspomina Wojciech Grzeszczyk, mąż.

Rodzina pani Ewy podkreśla, że rozpierała ich duma z powodu opinii, jakie pojawiały się na temat jej pracy i jej samej. W internecie, na ulicy, w szpitalu. Wszędzie. - Wszyscy podkreślali jej profesjonalizm i ludzkie podejście. Kiedy znajomi i przyjaciele dowiedzieli się o jej śmierci, to byli przepełnieni niedowierzaniem. Będzie jej bardzo brakowało - dodaje W. Grzeszczyk.

Państwo Grzeszczykowie zakazili się koronawirusem w pierwszej połowie listopada. 11 listopada byli bardzo chorzy i trafili do szpitala. - Żona do Środy Wielkopolskiej, ja do Gniezna. U żony pojawiły się problemy z oddychaniem. Przez dwa tygodnie trwała walka o jej życie. Koronawirus doprowadził do zainfekowania 3/5 płuc. Byłem w lepszej sytuacji, bo u mnie zajętość wynosiła 1/3. U żony nic nie chciało się poprawiać. Jeszcze pojawiło się zapalenie płuc. 1 grudnia został jej podłączony respirator. Nie była w stanie samodzielnie oddychać. Zmarła w nocy 8 grudnia - opowiada mąż pani Ewy.

Położna odeszła w wieku 55 lat, pozostawiając 2 dzieci i 2 wnuków. Jednak tych dzieci, które tęsknią za nią, jest o wiele więcej. Bardzo często są to osoby dorosłe. Są też takie, które zawdzięczają jej życie. Nie wszystkie porody przebiegają przecież sprawnie, bo pojawiają się komplikacje. W takich sytuacjach Ewa Grzeszczyk nie traciła zimnej krwi. Potrafiła przygotować i odpowiednio nastawić przyszłą mamę zarówno przed, w trakcie, jak i po porodzie. Często do pacjentek zwracała się w taki sposób, że zdrabniała ich imię lub mówiąc do nich "słoneczko" czy "kochanie". Choć może się to komuś wydać infantylne, to dla Ewy Grzeszczak było to zupełnie naturalne, oswajało z sytuacją i przełamywało stres.

Położna, która była aniołem. Wspomnienie o Ewie Grzeszczyk

- Super położna. Przyjęła w swoim 55-letnim życiu tysiące porodów. Wiele mam ma za co dziękować. Zawsze starała się być po ludzku pomocna i fachowa, z dużą empatią. Cudowna, ciepła, "urodzona" położna. Pracowała na Bloku Porodowym w Gnieźnie od wielu, wielu lat. My, położne jesteśmy przygniecione i jest nam bardzo, bardzo smutno.
Myślę że należy jej się pokłon za swoje pracowite życie - przyznaje Małgorzata Kwiecień, położna z Gniezna. - Ewa to cudowna osoba, nie przechodzi mi, że już jej nie ma. Okrutny jest ten los. Zostanie w wielu sercach na zawsze. Ewunia zasługuje na każde dobre słowo, zawsze taka była - dobra i szlachetna, z sercem na dłoni - dodaje.

Ewa Grzeszczyk przez lata pracowała na bloku porodowym w Gnieźnie. Choć był systematycznie doposażany, to daleko mu było do nowoczesnego miejsca. Zapewne z radością i nadzieją pani Ewa spoglądała na teren budowy szpitala przy ul. 3 maja, gdzie miał się przenieść m.in. jej blok. Otwarcie nowego szpitala nastąpi na początku czerwca. Niestety, nastąpi ono bez pani Ewy.

Relacja jednej z mam:

- Ostatnia ciąża była wyczekiwana i chciana. W ostatnim trymestrze ciąży polecono mi panią Ewę. Już podczas pierwszej rozmowy wiedziałam, że dobrze trafiłam. Zaprosiła mnie do siebie na oddział, bym mogła obejrzeć sale porodowe. Przyszedł termin i... przeszedł, więc w uzgodnionym dniu stawiłam się w szpitalu ze spakowaną torbą, zestresowanym mężem, sama przepełniona strachem. Chciałam się jak najprędzej dowiedzieć, czy moje dziecko jest zdrowe. Punktualnie o 12 w południe pani Ewa podłączyła oksytocynę, a ja zawierzyłam jej całkowicie. Prosiłam ją o dwie rzeczy: nie chciałam rodzić podłączona do KTG i chciałam uniknąć nacięcia. Szybko poród zaczął nabierać tempa. Pani Ewa zachęcała mnie do chodzenia. Często monitorowała tętno dziecka, delikatnie przykładając głowicę KTG do brzucha. Pokazała, jak mogę sobie pomóc, siadając na piłce. Piłka towarzyszyła mi do końca. Położna pozwalała nam cieszyć się sobą, ale cały czas była w sali obok gotowa do działania. W momencie rozwiązania pojawiła się pani doktor i wspólnie z ukochaną położną o 17.15 doprowadziły do szczęśliwego finału. Moja córka ma na imię Daria, tak jak córka pani Ewy.

Po co nam Polski Ład?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie