Powstanie Wielkopolskie Gniezno. Inscenizacja historyczna na deptaku i patriotyczne śpiewy

Paweł Brzeźniak
Paweł Brzeźniak
Udostępnij:
We wtorkowy wieczór, 28 grudnia 2021 roku na gnieźnieńskim deptaku odbyła się krótka inscenizacja historyczna zaprezentowana przez Grupę Rekonstrukcji Historycznych Garnizon Gniezno. O 18:00 przed Starym Ratuszem odbyło się także wspólne śpiewanie pieśni patriotycznych. Wszystko razem z Garwolińskim Teatrem Muzycznym „Od czapy”.

W tym przypadku trudno jednak mówić o inscenizacji, bowiem pod koniec 1918 roku w Gnieźnie nie toczyły się poważne walki. Miały one miejsce nieopodal, w Zdziechowie z 30 na 31 grudnia. Dzięki zwycięstwu, zażegnano zajęcie Gniezna przez Niemców.

Powstanie Wielkopolskie Gniezno. Inscenizacja historyczna na...

Kilkutygodniowy stan niepewności nie skończył się wraz z informacją o wybuchu powstania. W tym przypadku ważną rolę miał do odegrania sierżant Piotr Walczak, który pospiesznie przybył z Poznania do Gniezna. Jego przekaz był krótki i czytelny: należy rozpocząć natychmiastowe natarcie na koszary pruskie. Nie wszyscy mieli jednakowe myśli co do planowanych działań. Część osób wolała pertraktować, a więc iść drogą pokojową. Przede wszystkim, tej grupie zależało na poszanowaniu decyzji Naczelnej Rady Ludowej 
w Poznaniu, która przez długi czas nie pozwalała na otwarte występowanie przeciwko Niemcom. Do tego grona zaliczał się Zygmunt Kittel. Jednakowoż, doszło do natarcia koszar piechoty. Opór Kittla na nic się zdał – atmosfera wśród osób uczestniczących w zdobyciu mienia wroga znacząco odbiegała w tamtym czasie od tego, o czym myślał sam Kittel. Rok później tak odnosił się do tych wydarzeń: „Zamiar tych młodzieńców wydawał mi się wprost zgubny, bo oprócz kilkunastu rewolwerów nie mieliśmy żadnej broni. (…) nakłoniłem ich, by udali się do domu i nie podejmowali nierozważnych kroków”.

Być może da się jakoś wytłumaczyć fakt odżegania od podejmowania walk. Jak wskazuje Zygmunt Wygocki, stan wiedzy inżyniera Kittla na temat powstańczych przygotowań był przerażający niski. Nie wiedział o tym, co próbują przedsięwziąć poszczególne grupy, nie wiedział ile i jakiego rodzaju broni znajdowało się w rękach gnieźnian. Nie wiedział wreszcie o istnieniu Polskiej Organizacji Wojskowej w Gnieźnie. Ironicznym w tym przypadku wydaje się fakt, że z POW związany był Mieczysław Paluch, przewodniczący sekcji wojskowej Komitetu Obywatelskiego w Poznaniu, który był w stałym kontakcie z Kittlem.

Zdobycie koszar piechoty w Gnieźnie było stosunkowo łatwe z co najmniej kilku powodów. Po pierwsze, część Niemców wyjechała na święta do rodziny. Trudno dokładnie ustalić, o jakiej grupie żołnierzy możemy mówić. Po drugie, dzień wcześniej dwa bataliony żołnierzy zostały wysłane do Piły i Bydgoszczy. Po trzecie, spora część Niemców nie była zbyt skora do prowadzenia działań. Tak naprawdę, niechęć do walki i ogólną apatię, która 
w najbardziej skrajnych przypadkach kończyła się dezercją, dało się zauważyć w niemieckim wojsku już wcześniej – w momencie, kiedy było już wiadomo, że cesarska (wówczas) armia przegra wojnę. Czwartym czynnikiem, który również zaważył o odpowiednim wykonaniu zadania przez powstańców, było zaatakowanie koszar z różnych stron. Jedna grupa zajęła główny odwach, druga zdecydowała się na atak od ul. Koszarowej, a trzecia – od strony cmentarza ewangelickiego (obecnie w tym miejscu zlokalizowany jest Park Miejski).

Akcja została zaaranżowana dość sprytnie, bowiem powstańcze grupy wdzierały się do środka w momencie, kiedy wewnątrz prowadzone były rozmowy z Niemcami. Z czasem, obie strony zdały sobie sprawę, że ich rezultat może być tylko jeden. Niemcy zrozumieli, że stawianie jakiegokolwiek oporu w tym przypadku jest bezcelowe. Akcja zakończyła się dla powstańców powodzeniem – Niemcy poddali się i podjęli decyzję o opuszczeniu miasta. 
W tamtym czasie Polacy byli słabo uzbrojeni. Dlatego bardzo cenne było zdobycie magazynu, w którym można było zaopatrzyć się w karabiny. Pierwszy ważny punkt 
w mieście został zdobyty i, co warte podkreślenia, pomimo tego, że Niemcy byli liczniejsi. 
W koszarach przy obecnej ulicy Sobieskiego dysponowali batalionem oraz kompanią posiadającą karabiny maszynowe.

Pomimo pierwszych sukcesów, trudno mówić o skoordynowaniu działań. Najlepsze określenie, jakie oddaje poziom organizacji doraźnych grup powstańczych, to chaos. Gniezno nie było jednak miastem wyróżniającym pod tym względem. Bezład objawiał się nie tylko 
w odpowiednim skupieniu sił, ale także podczas przypadków kradzieży: karabinów, odzieży czy też koców. Możliwie jak najszybciej należało połączyć powstańcze oddziały tak, aby ich działania przyniosły spodziewany efekt. Proces scalania odbywał się w miarę sprawnie, dzięki czemu wkrótce udało się opanować pozostałe części miasta. Jak podkreśla Paweł Anders, gnieźnieński urząd był pierwszym w Wielkopolsce, na którym wprowadzono wyłącznie polską obsługę telefoniczną. Polakom udało się przejąć także elektrownię, gazownię, bank 
i dworzec kolejowy. Zatrzymywano niemieckie pociągi, dokonywano rewizji, które kończyły się zabieraniem Niemcom ich broni, pojazdów, pieniędzy oraz koni. Jeńców zaprowadzano do koszar. Jeszcze tego samego dnia (tj. 28 grudnia) Kittel i Walczak wydali rozporządzenie do mieszkańców Gniezna. Generalnie rzecz biorąc, był to tekst wzywający do spokoju i poszanowania prawa. Nikomu w tamtym czasie nie zależało na dodatkowych prowokacjach, które mogą tylko zaognić konflikt.

Zdecydowanie większym wyzwaniem dla powstańców było zdobycie koszar dragonów na obecnej ulicy Wrzesińskiej. Do tego zadania przystąpiono rankiem 29 grudnia. Zygmunt Kittel wspomina, że dysponował grupą 60 powstańców posiadających dwa lekkie kulomioty oraz jeden ciężki. W przypadku zdobycia koszar piechoty powstańcom dopomógł zbieg szczęśliwych okoliczności (o czym była mowa wcześniej). Można śmiało postawić tezę, że 
w przypadku zdobycia koszar dragonów pomogły warunki atmosferyczne. Zgodnie z relacją Kittla, na godzinę przed wyjściem w stronę koszar, obficie padał deszcz ze śniegiem. Pozornie, wydaje się, że dla dowódcy to nic dobrego. Taka aura może zniechęcić do uderzenia na koszary co mniej zdeterminowanych powstańców (a takie przypadki miały niestety miejsce). Wówczas stało się inaczej. Fatalna pogoda sprawiła, że niemiecki dowódca warty wyraził zgodę na wpuszczenie Polaków do wartowni. Jeszcze raz warto powołać się na Zygmunta Wygockiego, który twierdzi, że w ten sposób „zaalarmowanie głównej warty dragońskiej było mniej łatwe do przeprowadzenia, a co za tym idzie obronność Niemców uległa znacznemu zmniejszeniu i to tym bardziej, że dwóch powstańców pozostało przy bramie wejściowej pilnując stojącego przy niej wartownika niemieckiego”.

Mimo usilnego przekonywania do zawarcia kompromisu, Niemcy twardo stali „na swoim”. Wówczas Zygmunt Kittel postanowił mianować marynarza Mariusza Wachtla na stanowisko dowódcy polskiej załogi w koszarach. Sam postanowił udać się do zdobytych dzień wcześniej koszarów piechoty. Po drodze spotkał grupę powstańców, pośród których znajdował się wspomniany wcześniej sierżant Walczak z Poznania. Kittel przedstawił im, jak wygląda sytuacja w koszarach dragonów. I tym razem Kittel nie wyróżnił się swoim postępowaniem. Okazało się, że Wachtel wespół z Walczakiem zmusili dowódcę pułku do opuszczenia koszar przez Niemców. Poza tym, nakazano przetransportowanie broni do miasta. Kiedy Kittel wrócił do koszar dragonów, wszystkie najważniejsze ustalenia już zapadły. Niezwykle ciekawe jest wspomnienie młodego Bolesława Kasprowicza. 
O sierżancie Walczaku pisał, że był „uzbrojony i władczy” a podczas spotkania 
z przewodniczącym Rady Żołnierskiej pułku nie pertraktował z nim, lecz wydawał rozkazy. O uzbrojeniu Niemców w koszarach Kasprowicz pisał, że „nie mogło szali [zwycięstwa] przechylić”, lecz jedynie „spowodować zamęt w mieście”. Warto w całości przytoczyć zdanie, które podczas walk w Gnieźnie wyraźnie akcentuje rolę jednej osoby – „(…) że Gniezno odzyskało wolność bez ofiar – jest to niewątpliwie zasługa partyzanckiej odwagi Walczaka i zwartej postawy miejscowej ludności polskiej”.

Należy jednak sprawiedliwie uznać rolę Zygmunta Kittla. Pomimo tego, że pewne sprawy widział inaczej od ogółu mieszkańców, pomimo tego, że to nie jemu bezpośrednio przypisuje się pierwsze sukcesy (ba, nawet oskarżany był o zdradę), to trzeba przyznać, że był to człowiek, który kierował się przede wszystkim dobrem i bezpieczeństwem mieszkańców, który „umiał zapewnić sobie posłuch”, jak wspomina młody Kasprowicz. Kittel był racjonalny, nie ponosiły go chwilowe emocje. To starał się wytłumaczyć swoim współpracownikom. Poza tym, kto wie jak zachowaliby się dragoni, gdyby nie przeprowadzone rozmowy?

29 grudnia, w godzinach popołudniowych, niemieccy żołnierze opuścili miasto. Stało się to z rozkazu Zygmunta Kittla, który dzień wcześniej został wybrany przez Radę Ludową na komendanta miasta. Gnieźnianie zniszczyli tego dnia pomnik Fryderyka III, a także pomnik żołnierzy niemieckich, którzy zginęli w wojnie niemiecko-francuskiej w latach 
1870-1871.

Bibliografia:
Kittel Z., Oswobodzenie Gniezna i trzy tygodnie dalszych potyczek (28. XII. 1918 – 17.I.1919), Gniezno 1919.
Wygocki Z., Gniezno i powiat gnieźnieński w Powstaniu Wielkopolskim 1918-1919, Instytut Zachodni, Poznań 1988.
Anders P., Śladami Powstania Wielkopolskiego 1918-1919, Wydawnictwo Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej i Centrum Animacji Kultury, Poznań 2008.
Kasprowicz B., Byłem juniorem, Gdynia 1965.

Obecna sytuacja w Kazachstanie - komentuje ks. Piotr Pytlowany

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie