Podsumowanie gnieźnieńskich juwenialów

Iza Budzyńska
W ubiegłym tygodniu swoje święto mieli gnieźnieńscy studenci. Juwenalia wpisały się w całą serię majowych imprez w mieście.

Trzy dni trwały tegoroczne gnieźnieńskie juwenalia, połączone z festiwalem kulturalnym Festa Fatuorum. Bardzo aktywny był w tym czasie Gnieźnieński Uniwersytet Trzeciego Wieku. Ale inne uczelnie także wypadły znakomicie.

Na początek dużo hałasu

To seniorzy byli, zdaniem widzów, najgłośniejsi, choć licznik pokazał więcej decybeli, kiedy przyszła kolej na robienie hałasu przez studentów Gnieźnieńskiej Wyższej Szkoły Humanistyczno-Menedżerskiej "Milenium" i to jej przedstawiciele jako pierwsi odebrali symboliczne klucze do bram miasta. Po studenckiej paradzie pod Starym Ratuszem, rozpoczęła się trzy-dniowa zabawa.

Pierwszym z wydarzeń w ramach gnieźnieńskich juwenaliów był przegląd filmów nakręconych telefonem komórkowym. Żacy w większości przedstawiali swoje codzienne życie. Choć były też produkcje animowane, raczej wprawki formalne, z całkiem udaną animacją po-klatkową. Przygotowane przez studentów Kolegium Europejskiego UAM, zostały docenione przez głosowanie widzów i jury złożone z władz i wykładowców gnieźnieńskich uczelni. Większość filmów przedstawiała w zabawny sposób codzienne życie studentów. Surowe zapisy prosto z telefonu pokazali uczniowie klasy akademickiej z I Liceum Ogólnokształcącego i słuchacze Gnieźnieńskiej Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Wygrał w głosowaniu publiczności film Rafała Wichniewicza z Kolegium UAM pod tytułem "Sesja".

Pierwszego dnia imprezy każda z uczelni przygotowała prezentacje poetyckie. Najliczniejszą widownię zgromadzili żacy z Kolegium, którzy podziemia katedry zawłaszczyli sobie w sposób dość nieoczekiwany - bowiem postanowili recytować i śpiewać erotyki. Dalszym prezentacjom towarzyszyła już coraz mniejsza grupa widzów. O ile jeszcze w podziemiach katedry ratowali honor żaków, o tyle później na studenckiej przecież imprezie, w końcu stanowili mniejszość odbiorców. "Milenium", które prezentowało się w podziemiach klasztoru franciszkanów, wybrało Bogumiłę Antkowiak-Manc, która tym razem czytała swoje autorskie wiersze. Zdradzająca zamiłowanie do kształcenia się przez całe życie i wszelkich form sztuki - oprócz pisania wierszy, także rzeźbiarstwa - dała się poznać też jako gawędziarka. W przeplatających recytację wierszy opowieściach o swoje drodze i pasji, rozwijała coraz to nowe wątki, które pojawiały się w miarę opowiadania. Wspólną prezentację przygotowały Gnieźnieński Uniwersytet Trzeciego Wieku i Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa. W tej ostatniej, jako w uczelni technicznej, choć ludzi utalentowanych nie brakuje (pokazują to organizowane przez szkołę przeglądy), to jednak udało się znaleźć ledwie jednego poetę. Z kolei w GUTW działają głównie panie znane w sekcjach literacko-plastycznych.

Zobacz inne filmy na Głos.tv
Noc Muzeów w Gnieźnie
Infokioski pomogą turystom

Tych, którzy zdecydowali się w poszukiwaniu artystycznych wrażeń przekroczyć bramy najstarszej gnieźnieńskiej uczelni - czyli Prymasowskiego Wyższego Seminarium Duchownego - czekała niespodzianka. Okazało się, że klerycy nie są tylko cały czas rozmodleni, a potrafią też się śmiać. Spektakl "Trup w Sorbonie czyli o filozofii bez dopalaczy" w całości wymyślili i przygotowali sami. Tytułowy trup psuje plany debaty czterech oświeceniowych filozofów i staje się pretekstem do humorystycznego przedstawienia ich poglądów, życiorysów i narodowości. By wychwycić wszystkie wątki, potrzebna byłaby chociaż ogólna znajomość poglądów Tomasza z Akwinu, czy Johna Locke'a, jednak i tak widok myślicieli z księgą w ręce dyskutujących nad "statusem ontologicznym" zwłok, zamiast po prostu wezwać pomoc lub je ukryć, był w stanie rozbawić też studentów kierunków ścisłych i licealistów. Występujący w spektaklu pokazali przy okazji całkiem niezły warsztat aktorski.

Ostatnim wydarzeniem w czwartek był recital muzyczny w klubie Młyn. Sylwia Gawłowska, która gościła już w Gnieźnie przy okazji jednej z imprez poetyckich, wystąpiła razem z Piotrem Resteckim, finalistą "Must be the music". Gitarzysta w solowych fragmentach bawił się znanymi motywami muzycznymi i różnymi technikami gry. Z kolei wokal Sylwii budował ciepłą, klubową atmosferę. Od pierwszej piosenki, nieco przypominającej styl muzyczny Renaty Przemyk, duet przeszedł do autorskiej muzyki ze słowami Agnieszki Osieckiej, bardziej już będącej klasyczną poezją śpiewaną, by następnie ożywić występ utworami zaha- czającymi o jazz czy swing.

Teatralna sobota

Absurdalny humor, jednak z nutką poważniejszych refleksji i zespoły, które wielbiciele teatru w Gnieźnie mieli okazję już poznać - tak wyglądała piątkowa Noc Teatrów.

Jeszcze przed planowym rozpoczęciem imprezy w Miejskim Ośrodku Kultury, na Rynku wystąpił teatr Terminus A Quo. Zespół prowadzony przez Edwarda Gramonta ze spektaklem "Laski" nie mógł dotrzeć na czas dzień wcześniej. Prezentowane widowisko składało się początkowo z serii sielankowych scenek, odgrywanych w rytm szlagierów z PRL-u, odnoszących się do budowania nowej, wspaniałej Warszawy. Na koniec aktorzy porzucają beztroskę i dosłownie tarzają się w szaleństwie, umorusani farbą, podpalający różne rzeczy, zaplątani w kłęby nici, zamknięci w różnych obsesjach.

Dalsza część imprezy przeniosła się już do MOK-u. Dla widzów, czekających na wejście do sali, niespodzianką było, że krzesła dla publiczności znajdowały się na scenie, zostawiając na jej środku przestrzeń dla aktorów. Brak wyraźnego podziału na scenę i widownię zmniejszał dystans między występującymi, a widzami, budował kameralną atmosferę, a odbiór spektakli był jakby intensywniejszy.

Pierwszy na scenie pojawił się teatr Krzyk z Maszewa ze swoim "Wydechem". Zaczęło się zagadkowo, ale niepozornie - dwóch chłopaków z gitarami i dwie dziewczyny trzymające komputerowe klawiatury. Młodzi aktorzy krążyli wokół sceny, wygłaszając krótkie monologi, ni to mówione do siebie, ni to do niewidocznych partnerów rozmów w wirtualnej sieci - co akcentowali uderzeniami palców w klawiaturę. Opowiadali o codziennych bolączkach młodych ludzi: bo ktoś coś powiedział, bo przygotowanie do bierzmowania, "nie słuchajcie jej, ona kłamie", "zobaczcie, to ja jestem lepsza". A absurdalnych nieco wypowiedzi, biegania po scenie z rekwizytami, wyłaniał się powoli nastrój poważniejszy. Pokazali, że zatopieni w rozmowach w Internecie i relacjach z przyjaciółmi, czy rywalami, mają też prawdziwe rozterki, głęboko skrywane emocje, z którymi nie do końca wiadomo, jak sobie poradzić. Teraz jako główny motyw wyłoniło się odniesienie do ojca - nieobecnego, niedoceniającego, na którym chce się zrobić wrażenie, zdobyć akceptację, jednak próby dorastania do oczekiwań zostają praktycznie bez echa. Tymczasem to właśnie ojciec, w kulminacyjnej scenie grany przez Marka Kościółka, założyciela teatru Krzyk, jest tym zawsze wywołującym rozczarowanie - w oparach nikotynowego dymu, chwiejący się z piersiówką w dłoni, niby chce kochać, ale nie potrafi, bo ma przecież za sobą całą serię życiowych porażek. Młodzi ludzie przechodząc od lekkiej formy do spraw zwykle głęboko skrywanych, stawiają pytania, czy sami zdołają nie popełniać błędów, sprostać odpowiedzialności.

Kolejny, po przerwie na przygotowanie, pojawił się zespół o dość intrygującej nazwie Pomarańcze W Uchu Na Skarpie Bez Kartki (która podobno powstała tak, że każdy dorzucił jakieś słowo i tak wyszło), ze spektaklem pod tytułem "Smolarek". Przedstawienie to ciąg absurdów, prawie w stylu Latającego Cyrku Monthy Pythona. Trzej aktorzy na tle drabiny, ubrani w ochronne kombinezony, przypominają kosmonautów szykujących się do lotu. Pełnym patosu gestem stają na baczność z dłońmi na sercach, gdy zamiast hymnu, którego można by spodziewać, rozbrzmiewa - dźwięk uruchomienia systemu Windows. Prześmiewczych smaczków ze ścieżki dźwiękowej jest zresztą więcej - hymn w wersji jednego z braci Kaczyńskich, brzmiący jak "Z Ziemi Polskiej do Wolski", czy wypowiedź byłego wicepremiera w pasiastym krawacie: "Wy tu zatańczyliście bredgensa", połączony z parodią wzniosłego gestu motyw przewodni z "Odysei kosmicznej". Gęsto lał się udający krew przecier pomidorowy, a publiczność częstowana była cukierkami i kiełbasą. W ruch poszły absurdalne gadżety, jak plastikowe miecze świetlne, plastikowe samoloty oraz piłka, do której uwielbienia według autorów nie powstrzymałaby nawet wojna nuklearna.

Podobnie groteskowo zaprezentował się teatr UHURU z Gryfina. "Pierogi" to opowieść o robieniu teatru, a jednocześnie o poszukiwaniu odpowiedzi na egzystencjalne pytania. Aktorzy mówią sami o sobie, przedstawiają, jak rozleniwiona i zblazowana grupa chce robić teatr, ale nie bardzo wie, o czym. Z pomysłów, by stworzyć coś bliskiego ich własnemu życiu, rodzi się pytanie, jak to jest z wiarą w Boga. Z kłótni czy jest, czy go nie ma, i w co wypada i warto wierzyć, rodzi się pomysł spektaklu o wyprawie po mityczne Złote Pierogi - bo skoro w coś trzeba wierzyć, to równie dobrze można i w pierogi.

Formułę teatru w teatrze przyjął też Terminus A Quo w "Narzędziach tortur". Widzimy opowieść o Prometeuszu dopiero w trakcie powstawania, reżyser o postaciach i motywach, o uwagę rywalizują narratorka i asystentka - a właściwiej historii w końcu nie poznajemy. Na tle pozostałych grup widać doświadczenie realizacyjne Terminusa, jego spektakle są jednak bardziej hermetyczne i symboliczne.

Legenda pierwszy raz w Gnieźnie

W sobotni wieczór na gnieźnieńskim Rynku wystąpiła legendarna grupa TSA. Choć zespółpowstał 32 lata temu, w Gnieźnie wystąpił po raz pierwszy. Pojawiło się wielu wiernych fanów - z transparentami tuż przy scenie stała ekipa z Kruszwicy, sporo było przyjezdnych z Poznania i okolicznych rejonów.

Za sceną, gdy ekipa przygotowywała sprzęt, można było zobaczyć podstarzałych już panów, z przerzedzonymi długimi włosami i latami wypisanymi na twarzach. Gdy jednak wyszli na scenę, zupełnie jakby wraz z słuchaczami, którzy dorastali przy tych dźwiękach, sami cofnęli się w czasie. Skupieni na występie, a jednocześnie spontaniczni. Wokalista i lider TSA Marek Piekarczyk nieustannie krążył po scenie, skakał, zachęcał publikę do rytmicznych oklasków. W tym czasie Andrzej Nowak, z czerwoną gitarą i pierścieniami na palcach, kokietował fotoreporterów, na krawędzi sceny dając popisy "szarpania strun" i ekspresji.
Choć koncerty hard rockowe czy heavy metalowe słuchaczom, którzy nie są wiernymi fanami znającymi na pamięć wszystkie teksty, mogą wydawać się trochę monotonne, TSA zachwycił żywiołowością i charyzmą członków zespołu. A teksty, pisane w innej rzeczywistości społeczno-politycznej, okazują się często zaskakująco aktualne. Do dziś przejmują utwory takie jak "Alien", czy "51" dla którego to specjalnie niektórzy przyszli usłyszeć na żywo. Ci, którzy dorastali i starzeli się razem z muzykami, jak i najmłodsze pokolenie w skórzanych kurtkach i długich fryzurach, które inspirację czerpało z zespołu już legendarnego, słuchając chłonęli każdy dźwięk i każde słowo.

Będzie nowe święto państwowe?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie